Алексей Евсеев (jewsejka) wrote in ru_sorokin,
Алексей Евсеев
jewsejka
ru_sorokin

Владимир Сорокин (интервью) // «Newsweek Polska», №50, 3-9 grudnia 2018

Владимир Сорокин


Trumna z kawiorem

Rosja ma dwie globalne marki: wódkę i literaturę. Dostojewski, Czechow czy Tołstoj to waluta, którą można płacić niemal wszędzie — mówi rosyjski pisarz Władimir Sorokin.

— Pana najnowsza powieść «Manaraga» opowiada o przyszłości, w której ulubioną rozrywką klas wyższych jest przyrządzanie ekskluzywnych potraw na ogniu z bezcennych wydań książek. Skąd ten pomysł?

— Pewnego dnia byłem z przyjaciółmi w jednej z berlińskich pizzerii. Siedziałem obok pieca na drewno. Z jakiegoś powodu zaczęliśmy mówić o paleniu książek. Pomyślałem sobie: «Tołstoj czy Dostojewski pisali naprawdę grube tomy. Można by to jakoś spożytkować...». Tak narodził się pomysł na podziemną kuchnię — motyw przewodni «Manaragi". Ta powieść łączy moje dwie obsesje: książki i jedzenie.

— W jednej z pana wcześniejszych książek syberyjska wróżbitka pali w piecu Czechowem.

— Od tego zaczęła się nasza rozmowa w pizzerii. "Book'n'Grill" odsyła do wielu skojarzeń — do palenia książek przez nazistów albo oblężenia Leningradu, podczas którego ludzie używali książek jako źródła ciepła. Moje książki również palono w Rosji jakiś czas temu, choć putinowska młodzież głównie wrzucała je do gigantycznego sedesu z papier mâché, żeby pokazać, gdzie jest miejsce Sorokina. Putin mówił wtedy, że czeczeńskich terrorystów dopadnie w kiblu. Mnie też więc tam wrzucono.

— Myśli pan, że książki wyginą? Albo staną się jedynie podpałką do grilla dla zdegenerowanej elity?

— Człowiek jest bardzo elastycznym zwierzęciem — nieustannie testuje nowe możliwości, a potem się do nich dostosowuje. Można się po nim spodziewać wszystkiego. Ale myślę, że ludzkość nie rozstanie się z książkami aż do końca. Choć tych drukowanych będzie coraz mniej. Już dziś papierowa książka to wyspa w oceanie cyfrowym. Przetrwa wyłącznie jako produkt retro — stanie się rarytasem tak jak ekologiczne produkty zaś nieliczni smakosze za wszelką cenę będą chcieli czytać po staroświecku. Z papierową książką można zrobić wiele rzeczy — wąchać jej strony, włożyć ją pod poduszkę, wylać na nią łzy, wino czy krew. Jeśli chodzi o losy książki, jestem pesymistycznym optymistą.

— To jest chyba pana pierwsza powieść, w której Rosja się właściwie nie pojawia. Dlaczego?

— Bo jako pisarz zawsze chcę zrobić coś nowego. A poza tym od jakiegoś czasu żyję nie tylko w Rosji, ale również w Berlinie. A więc jestem w połowie Europejczykiem. Pierwszy raz przyjechałem do Berlina w 1988 r. To była moja pierwsza podróż na Zachód. Od razu pokochałem to miasto. Miało ową «Lebensraum» — wielką przestrzeń do życia. Poza tym Berlin niczego od ciebie nie wymaga. Możesz tu robić, co ci się tylko podoba. To niewiarygodnie demokratyczne miasto. Podczas gdy Moskwa jest napastliwa i agresywna. Ona nie jest już miastem. Jest miejscem, w którym przebywa władza. Wszystko dzieje się w imię władzy, a nie w imię zwykłego mieszkańca. Jeśli przetrwały jakieś stare drzewa, to zostaną wycięte. A dawne budynki będą wyburzone. Zaś spacerując w pobliżu Kremla, od razu poczujesz, że jesteś w niebezpiecznym miejscu.

— Ale część życia spędza pan w Moskwie?

— Nie tyle w Moskwie, ile na jej przedmieściach, w pobliżu lotniska Wnukowo. Muszę jeździć do Rosji raz na jakiś czas. Niemcy i Rosja to absolutne przeciwieństwa. Niemcy to porządek i przewidywalność. Rosja — chaos i niezdolność przewidzenia czegokolwiek. Również dlatego, że władza stanowi jedną wielką zagadkę, bo chce być zagadką. Potrzebuję jednak rosyjskiego absurdu do życia. I tęsknię za rosyjską zimą, za śniegiem. W Berlinie nie ma prawdziwej zimy. To mnie wpędza w depresję. Nienawidzę ciepła. Najlepiej pisze mi się w zimie, bo mróz sprawia, że zaczynam myśleć.

— Przyszłość Rosji opisuje pan w bardzo czarnych barwach, a te proroctwa niestety się spełniają.

— Nie staram się być prorokiem. Pewien poeta słusznie zauważył, że prawdziwe proroctwa nigdy nie są świadome. Kiedy wydałem «Dzień oprycznika», dziennikarze naśmiewali się, że Sorokin musiał być na kacu i dlatego napisał taką książkę. Potem w mediach zaczęła się inna moda — gdy wydarzało się coś niezbyt przyjemnego, pisano: «To jak z Sorokina».

— Groteska jest jedynym sposobem na mówienie o dzisiejszej Rosji?

— Tak. Nic ma ani jednej realistycznej powieści, która opisywałaby czasy Gorbaczowa, Jelcyna czy Putina. Literatura realistyczna nie nadąża za śmiesznością, brakiem przewidywalności i absurdem rosyjskiego życia. Dam panu prosty przykład: niedawno pod Chabarowskiem policjanci zatrzymali karawan. Kierowca twierdził, że wiezie zmarłego. Policjanci nie dowierzali, więc sprawdzili. I dobrze, bo trumna była wypełniona świeżym kawiorem. Przedsiębiorstwo pogrzebowe było tylko przykrywką dla przemytu kawioru. To jest czysta groteska rosyjskiego życia.

— Dlaczego pana książki są pełne przemocy, często w skrajnej formie?

— Przemoc zawsze mnie fascynowała. Jako dziecko postrzegałem ją jako swego rodzaju prawo naturalne, gdyż przemoc trzymała wszystko do kupy. Zastanawiałem się: «Dlaczego ludzie tak często po nią sięgają? Dlaczego tak poniżają innych?». W Rosji przemoc wpisana jest w samą istotę państwa. Na Zachodzie państwo ma służyć ludziom, w Rosji to my mamy służyć państwu. Przyzwyczailiśmy się więc do okrucieństwa i reagujemy na nie śmiechem. Za Iwana Groźnego lud zaśmiewał się w czasie egzekucji. Stalin zaśmiewał się, gdy opowiadano mu o szczegółach tortur. Prowincjonalny lud chichotał, gdy skazano Michaiła Cliodorkowskiego.

— Co będzie dalej z Rosją? W «Dniu oprycznika» wróżka— -czarownica odpowiada na to pytanie: «Nic nie będzie».

— Dorastałem w kraju totalitarnym, gdzie nieustannie panował lęk przed przyszłością. Od dzieciństwa słyszałem w kuchni pytanie: «Co będzie, co będzie?». To pytanie towarzyszy życiu rosyjskiego człowieka. Ale Rosja jest krajem, który nie ma teraźniejszości. Mamy tylko przeszłość i przyszłość. Proszę spojrzeć na to, co się dzieje dzisiaj: wiara prawosławna, autokracja i narodowe tradycje mają stanowić nową rosyjską ideologię. Przeszłość staje się przyszłością na naszych oczach.

— Kilka lat temu w wywiadach mówił pan, że Putin przegrywa, bo napaść na Ukrainę odwróci się przeciwko Kremlowi. Dalej pan tak uważa?

— Tak. Rosja jest dziś jak Titanic. Ten neoimperialny statek zmierza ku katastrofie. Na dolnych pokładach od dawna panują ciemność i przygnębienie. Co prawda w pierwszej klasie nadal pije się szampana, gra orkiestra, a panie paradują w drogich sukniach, ale wszyscy zauważają, że podłoga drży. Te całe chełpienie się władzy, mówienie, że jesteśmy najlepsi, Zachód idzie na dno, jest jedynie symptomem neurozy. W neoimperialnym przesłaniu Putina jest coś histerycznego, jest zauważalna słabość. Oni wrzeszczą, bo mają poczucie, że to ostatnia szansa, że jutro nikt nie będzie ich słuchał. Jeśli porównamy to z retoryką komunistycznego reżimu, to w dawnym języku nienawiści było znacznie więcej wiary we własne słowa. Masowy terror stanowił gwarancję przetrwania pierwszych sekretarzy. Wiedzieli też, że dopóki istnieje żelazna kurtyna, przyszłość należy do nich.

— A jednak pod pewnymi względami Rosja wygrywa. UE jest bezbronna wobec tego, co wyprawia na Ukrainie. Kreml w pewnym sensie zdecydował o wynikach wyborów w Ameryce, grając na rzecz Trumpa. Nawet przeciwnicy Putina na Zachodzie widzą go jako pioniera nowego typu polityki.

— To, że Putin jest silnym i nieprzewidywalnym człowiekiem, który rzucił wyzwanie cywilizacji zachodniej, jest mitem. Trzeba być naiwnym, żeby w to wierzyć. Po aneksji Krymu i w rezultacie wojny w Donbasie Rosja znalazła się w fatalnej sytuacji. Biednych jest coraz więcej, gospodarka jest w bardzo złym stanie. Rolnictwo praktycznie nie istnieje. Mięso w większości importujemy z Chin. Gdyby te dostawy zostały nagle przerwane, wybuchłyby bunty głodowe. Jak mówiłem, za czasów sowieckich żelazna kurtyna stanowiła atut reżimu, ale dziś taka izolacja jest niemożliwa. Podobnie jak terror z prawdziwego zdarzenia — można co najwyżej udawać oprycznika.

— Twierdzi pan, że dziś sytuacja jest w pewnym sensie gorsza niż w czasach sowieckich. Nie przesadza pan?

— Jestem bardziej rozczarowany człowiekiem postsowieckim niż sowieckim. Bo w dawnych czasach była przynajmniej nadzieja, że pewnego dnia człowiek sowiecki wyginie, że kiedyś będzie lepiej. Dziś nikt nie wierzy, że będzie inaczej. Nie jesteśmy w stanie zbudować normalnego społeczeństwa. Również dlatego, że sowiecki trup zatruwa naszą teraźniejszość. Zewsząd atakują cię sowieckie dowcipy i piosenki, filmy o gierojach z KGB. Wychwalanie Stalina stało się normą. W człowieku postsowieckim płynie ogromna ilość sowieckiej krwi. I w ten sposób zmienia się w zombi.

— Jednak pana książki zawierają niemało klisz sowieckich, z których pan często szydzi. Czy nie ma w tym pewnej perwersji, że zamiast odwrócić się od świata sowieckiego, pan go ożywia?

— Coraz mniej piszę o radzieckiej przeszłości. Nigdy nie czułem nostalgii za czasami sowieckimi. Im bardziej oddalam się od tamtych czasów, tym więcej przerażenia i wstrętu we mnie wywołują.

— Jak ocenia pan dzisiejszą literaturę rosyjską?

— Rosyjski pisarz miał zawsze prosty wybór: albo będzie pisał to, co chce, albo nie będzie pisał wcale. Tyle że jeśli pisał to, co chce, stawał się wrogiem państwa. To sprawiało, że ludzie bardziej wierzyli literaturze. Gdy napisałem «Lód», pewna fryzjerka zapytała mnie; «Czy to prawda, że gdy niektórym ludziom wbije się młotek w piersi, ich serce zacznie mówić?». Uwierzyła w to, bo pisarz Sorokin tak napisał. Dziś w Rosji znowu wyrasta znaczenie literatury, bo młodzież jest rozczarowana wszechobecną propagandą, zaś literatura i kino to jedyne żywe miejsca w Rosji. Cała pozostała przestrzeń jest ściśle kontrolowana.

Natomiast gdy porówmywać postsowiecką literaturę z literaturą rosyjską, nie ma najmniejszych wątpliwości, kto wygrywa. Każdy kraj ma swój znak firmowy. Rosja ma dwie globalne marki: wódkę i literaturę. Dostojewski, Czechow czy Tołstoj to waluta, którą można płacić niemal wszędzie. I każdy rosyjski pisarz korzysta z tego mitu literatury rosyjskiej, bo ma brodatych gigantów po swojej stronie. Dziś jednak na palcach jednej ręki można policzyć rosyjskich pisarzy, którzy są drukowani w innych krajach i jakoś zauważani. Mam bardzo proste kryterium tego, co to znaczy być dobrym pisarzem: jesteś nim, gdy twoje książki są znane nie tylko w Rosji czy w strefie postradzieckiej, gdy twój zasięg choć trochę dorównuje Tołstojowi czy Stolicznej.

— Uważa się pan za pisarza politycznego?

— Uważam się za prozaika, a prozaicy są jak głębokowodne ryby: żyjemy na wielkich metafizycznych głębokościach. I nasze pole działalności raczej nie jest powiązane bezpośrednio z polityką. Czasem obywatel tkwiący we mnie wychodził na powierzchnię, gdy nie mogłem już tego wszystkiego znieść. W ten sposób powstał choćby «Dzień oprycznika».

— Czy Rosja ma szansę na bycie normalnym krajem?

— Gdyby mi ktoś powiedział w 1984 r., że za kilka lat zostanie opublikowany «Archipelag Gułag», a potem upadnie Związek Radziecki, to nie uwierzyłbym w to za nic w świecie. Dlatego uważam, że mamy szansę. Czasy są bardzo mroczne, ale może ludzi, którzy pragną wolności w Rosji, zacznie przybywać?

Tekst: Maciej Nowicki / сканы
Tags: интервью
Subscribe
  • Post a new comment

    Error

    default userpic

    Your reply will be screened

    Your IP address will be recorded 

    When you submit the form an invisible reCAPTCHA check will be performed.
    You must follow the Privacy Policy and Google Terms of use.
  • 0 comments